|
Skąd się bierze miłość?
Dlaczego ludzie czytają poradniki o miłości?
Bo sobie z nią nie radzą. I trudno się dziwić. Z jednej strony chcemy trwać z kimś w romantycznej jedności, cudownej unii dusz.
Z drugiej - być niezależną jednostką, która ma swoje odrębne życie.
Robi się z tego straszny klops. Poradniki mają nam podpowiedzieć, jak
to pogodzić.
Skąd taki klops?
Taka nasza
historia. Przez wieki bardzo różne uczucia nazywano tym samym słowem:
miłość. W starożytnej Grecji oznaczała ona relację dorosłego mężczyzny
z młodym chłopcem. W czasach późnego średniowiecza - pragnienie
posiadania cudzej żony, coś, co nie mieści się w ramach związku
uznawanego przez Kościół, groźne uczucie wymagające zapanowania. Miłość
w czasach romantyzmu to była wielka pasja. W czasach wiktoriańskich -
czyste, aseksualne uczucie matki do dziecka.
Myślałam, że miłość powinna być między małżonkami?
Do małżeństwa miłość wkroczyła w XIX wieku, ale dopiero pod koniec XX wieku zaczęła oznaczać relację partnerską.
To znaczy jaką?
Taką,
w której dwie strony rozumieją swoje potrzeby i uzgadniają warunki
wspólnego życia, zachowują emocjonalną autonomię i wolność. Co nie
znaczy jednak, że nie wymagają od siebie totalnego zaangażowania,
wzajemnego zanurzenia się w swoich światach - to spuścizna kultury
romantycznej.
Kultury? Wydawałoby się, że emocje są czymś, co odczuwamy bezpośrednio, czymś naturalnym. Więc co tu do rzeczy ma kultura?
Rzeczywiście,
do połowy lat 70. uważano, że emocje to czysta natura. I dlatego
powinna się nimi zajmować biologia lub psychologia. Jako pierwsza ten
podział przełamała socjobiologia, która dopatrzyła się w zjawiskach
społecznych biologicznego podłoża. Ale okazało się również, że emocje
mogą być wytwarzane społecznie. Bo chociaż emocje odczuwamy
bezpośrednio, to niemal zawsze coś z nimi robimy, jakoś nazywamy,
interpretujemy. Zaczynamy o nich myśleć, uznajemy za swój problem albo
swoją cechę. A przede wszystkim ludzie coraz skuteczniej kontrolują
swoje emocje i ze stulecia na stulecie robią to coraz bardziej
świadomie. Panowanie nad emocjami stało się warunkiem życia we
współczesnej kulturze.
Co to znaczy, że emocje są "wytwarzane społecznie"?
La
Rochefoucauld napisał o miłości: "Są ludzie, którzy nigdy nie byliby
zakochani, gdyby nie słyszeli o miłości". Jeśli wszyscy mówią nam o
jakimś uczuciu, na dodatek wspaniałym, to zaczynamy go szukać. To
rodzaj wzoru kulturowego, który dostarcza nam informacji, czym jest
jakieś przeżycie, jak należy go doświadczać, skąd wiedzieć, że to już
jest to. W poradnikach takie wzory widać gołym okiem: nie możesz spać,
jeść i myśleć o niczym innym? To miłość!
Czy nie można wieść
satysfakcjonującego życia z kimś, komu po prostu ufasz, z kim czujesz
się dobrze i bezpiecznie, ale nie ma między wami jakiejś płomiennej
fascynacji?
Zanim pojawiły się wzorce romantycznej
miłości, kobiety żyły szczęśliwie, będąc w związkach z mężczyznami,
których w naszym rozumieniu tego słowa nie kochały. A dziś? Zaczynasz
wątpić, szukać czegoś innego. Przekreślasz to, bo cały świat ci mówi,
że to nie miłość.
Świat, czyli poradniki. Dlaczego one są skierowane głównie do kobiet?
Badania
pokazują, że to kobieta jest orędowniczką miłości romantycznej. Ciągle
myśli w kategoriach "my", podczas gdy mężczyzna - w kategoriach "ja".
Jednocześnie jednak czuje, że zaangażowanie czyni ją bardziej zależną,
a kultura nadaje coraz głośniej: kobieto, powinnaś się wyzwalać.
Większe zaangażowanie po stronie kobiety spotyka się z większą
autonomią po stronie mężczyzny.
To znaczy, że mężczyzn trzeba nauczyć angażowania się.
Nie, bo to kobieta ma problem. A ten, kto ma problem, szuka rozwiązania. Ci, którym bardziej zależy, mają więcej do stracenia.
Zaangażowanie jest problemem?
Problemem nie jest zaangażowanie, ale fakt, że nie jest ono równomierne po obu stronach.
Ale dlaczego to jej bardziej zależy?
Przez
wieki kobieta była w pełni uzależniona od mężczyzny. Nie posiadała
własnych środków do życia. Losy kobiet polegały na przechodzeniu z rąk
ojca do rąk męża. Jedynym sposobem wydostania się z domu rodzinnego
było małżeństwo lub zakon. Największą autonomię dawało wdowieństwo, ale
trzeba było pozbyć się małżonka i przejąć jego majątek.
Jeszcze
nasze prababki żyły w takim świecie, dzieli nas od nich jakieś sto lat,
a zasady życiowe przekazywane przez kolejne pokolenia kobiet są o wiele
trwalsze niż jeden wiek.
Ale pojawia się idea emancypacji i
pomysł na kobietę niezależną, wykształconą, zarabiającą na siebie.
Taką, dla której miłość może przestać być już całą egzystencją i stać
się tym, czym zawsze była dla mężczyzny - zaledwie częścią życia.
Jednak potrzeba bliskości i zaangażowania nie znika.
I nadal to kobietom bardziej zależy na miłości.
Socjobiologia
tłumaczy to tak: główną motywacją życiową zarówno kobiet, jak i
mężczyzn jest przekazanie swoich genów, ale każde z nich z racji różnic
biologicznych ma odmienną rozrodczą strategię. W interesie mężczyzny
jest zapłodnić jak najwięcej kobiet. Kobiecie zaś zależy na jak
najdłuższej opiece mężczyzny nad nią i nad potomstwem.
Jak kobietom udało się tę opiekę wyegzekwować?
Kluczem
jest to, że w procesie ewolucji kobieta ukryła okres owulacji: samice
różnych gatunków sygnalizują jasno i dobitnie, że w określonych dniach
mogą zajść w ciążę. Zmienia się jakiś element ich wyglądu, mają
nietypowy zapach, zaczynają się inaczej zachowywać, bez krępacji
"podrywają" samców. Tymczasem u Homo sapiens brak tego typu sygnałów.
To wprowadziło samców w konsternację - nie wiedzieli, kiedy seks jest
owocny. Zmusiło ich to do pozostania przy "swoich" kobietach przez cały
czas i dbania o wspólne potomstwo. To zasada "seks za mięso" - łowca
przynosi samicy jedzenie, a ona rodzi i karmi jego małe.
A co z potrzebą bliskości, tworzenia wspólnoty z drugą osobą?
Socjobiolog
powie ci, że gdyby tylko mężczyźni po każdym akcie seksualnym pewni
byli swojego potomstwa, nie mieliby takiej potrzeby. Gdyby seksualność
kobiety wyglądała inaczej, zapewne im również nie zależałoby na
bliskości. Ale sprawa jest bardziej skomplikowana, niż życzyłaby sobie
tego socjobiologia.
Potrzeba zakładania rodzin istniała zawsze?
Tak,
tylko że te rodziny bywały i bywają bardzo różne. W samej Europie
relacje rodzinne wyglądały kiedyś radykalnie inaczej. W średniowiecznym
chłopskim domu często wszyscy: rodzice, rodzeństwo, parobkowie, spali w
jednym łożu, najczęściej nago. Dla dziecka najbliższą osobą mogła być
np. starsza siostra, a nie matka. Nasza perspektywa jest skrzywiona
przez pryzmat nuklearnej rodziny: mama, tata i dzieci mające stworzyć
ciepełko, ten mikroraj w okrutnym świecie. Nie mamy już wspólnoty, mamy
malutką rodzinkę, w której powinno być wspaniale.
Tylko niestety jakoś nie jest.
Bo
nagle trzy lub cztery osoby są zobowiązane dać sobie wszystko - miłość,
wsparcie, akceptację, czas. To samo dotyczy kwestii miłości
macierzyńskiej. Elisabeth Badinter prześledziła historię relacji matka
- dziecko i doszła do wniosku, że instynkt macierzyński to wymysł XVIII
wieku. Można powiedzieć, że kobiety, oddając dzieci mamkom, dokonywały
swoistej aborcji. Montaigne powiedział kiedyś, że zmarło mu dwoje lub
troje dzieci, nie pamięta, ile dokładnie. 70 procent maluchów
powierzonych mamkom nie przeżywało czterech lat, podczas których ani
razu nie widziało mamy. Kobiety musiały o tym wiedzieć. Można
oczywiście powiedzieć, że bały się przywiązać do dziecka, bo bały się
bólu z powodu straty. Ale co to nam mówi o instynkcie macierzyńskim?
Jedna
sprawa to nauczenie się przeżywania zupełnie nowych emocji. Ale druga
to stosunek do nich. Weźmy agresję: kobiety się jej wstydzą.

To
jest jedna z tych zaledwie kilku emocji, które wolno okazywać
mężczyźnie. Nie może jej natomiast okazywać kobieta. Z badań wynika, że
kobiety są bardziej nastawione na komunikację i współpracę, a mężczyźni
na rywalizację związaną z agresją. Wyciąga się z tego nieprawdziwe
wnioski, jakoby kobiety nie odczuwały agresji. One nie mają prawa jej
czuć. Wyobraź sobie mężczyznę, który mówi: nie byłbym w stanie użyć
przemocy fizycznej. Kobieta może coś takiego powiedzieć bez zająknięcia.
To co mają z nią robić? Zamieść pod dywan?
Agresja
jest uznawana za niekobiecą. Zakaz jej okazywania nałożony na kobiety
trwa, po pierwsze, od pokoleń, po drugie, od maleńkości. Kobieta jawnie
ją okazująca jest odbierana jako ta, która narusza normy, a więc robi
coś ohydnego. Dlatego nauczyłyśmy się okazywać ją skrycie: poprzez
złośliwości, skrajny krytycyzm okraszony uśmiechem na ustach, plotki,
szantaże emocjonalne. Tylko w obronie dziecka wolno kobiecie okazać
agresję. Wtedy nie wychodzi z roli - tym razem matki. Trenerki WenDo,
samoobrony dla kobiet, opowiadają, że kobiety nie potrafią wsadzić
palca w oko faceta, który próbuje je zgwałcić. Pytane: "Dlaczego?",
mówią: "Bo zrobię mu krzywdę!". Ten zakaz zakorzeniony jest bardzo
głęboko, skoro nie możemy użyć przemocy nawet w obronie swojego życia.
Co decyduje, które emocje wolno okazywać lub czuć, a których nie?
Ideologie emocjonalne.
To znaczy?
To one decydują, co wolno nam
czuć i czego czuć nie powinniśmy, tak by było to "stosowne do
sytuacji". Jak myślisz, dlaczego tak świetnie jesteśmy w stanie
przewidzieć, że na pogrzebie spotkamy ludzi smutnych, a na imprezie
wesołych? Amerykańska socjolożka Arlie Russell Hochschild, autorka
pojęcia ideologii emocjonalnej, podaje przykład dwóch mam. Jedna ma
poglądy konserwatywne, druga feministyczne. Obie mają dzieci, obie,
idąc do pracy, zostawiają je w domu z opiekunką. Obie czują się z tego
powodu podle. Konserwatystka czuje dyskomfort, bo nie jest dobrą matką.
Uważa, że powinna opiekować się dzieckiem. Feministka jest zła na samą
siebie, że w ogóle czuje dyskomfort z takiego powodu. Są osadzone w
różnych ideologiach, które mówią im, co w takiej sytuacji czuć powinny,
chociaż ostateczne odczucia mają podobne.
Czy podział na emocjonalne kobiety i racjonalnych mężczyzn to też ideologia?
Zacznijmy
od tego, że ten podział to nie jakieś jin-jang, ale hierarchia w
czystej postaci. Wszystkie poradniki, które ukazywały się od końca II
wojny światowej do końca lat 80., traktowały emocje jako sprawę kobiet.
Jednocześnie panuje pogląd, że emocje zaburzają racjonalne myślenie. To
połączenie sprawia, że po pierwsze, emocjonalność jest zarzutem, po
drugie, kobiety nie są traktowane jako równorzędne partnerki w
racjonalnej dyskusji.
Mężczyzna musi to nadrobić, nie okazując emocji własnych i panując nad emocjami kobiety?
Bo
w powszechnym mniemaniu emocje wymagają ujarzmienia jak jakaś dzika
natura. Do lat 80. emocje postrzegane były jako coś irracjonalnego,
raczej chaotycznego niż uporządkowanego, subiektywnego niż
uniwersalnego, fizycznego niż intelektualnego, nieoczekiwanego i
niekontrolowanego, a więc również niebezpiecznego.
A teraz w
poprzednim zdaniu podstaw pod słowo "emocje" słowo "kobieta". Uzyskasz
obraz tego, jak przez wieki postrzegana była płeć żeńska. Być może
właśnie dlatego, rozmawiając o emocjach, ciągle mówimy o kobietach. Z
jednej strony mamy rozsądek i rozum utożsamiane z dorosłością,
działaniem, odpowiedzialnością, kreatywnością i będące domeną mężczyzn.
Z drugiej emocjonalność przypisywaną dzieciom, uznawaną za rodzaj
nieumiejętności radzenia sobie w życiu i będącą domeną kobiet.
Mam
wrażenie, że ten podział wcale nie skończył się w latach 80. Być
emocjonalną oznacza nie umieć rozeznać się obiektywnie w sytuacji - to
nadal bardzo powszechny pogląd.
To prawda, ale przełomu
dokonali psychologowie, którzy udowodnili, że poznanie jest niemożliwe
bez emocji. Wyobraź sobie kobietę, która gotuje obiad. Za oknem bawi
się jej dziecko. Nagle słyszy, że ono krzyczy: pomocy! Natychmiast
biegnie je ratować. Czy zachowuje się emocjonalnie, czy racjonalnie?
Gdyby miała racjonalnie podejść do sprawy, powinna usiąść w fotelu i
pomyśleć: "Tam jest moje dziecko i jest krzywdzone. Być może, gdy będę
stara, ono mi się przyda, bo będzie mi pomagać. Ale jak teraz wyjdę, to
spalę kotlety, co spowoduje gniew mojego męża, kiedy ten wróci do domu"
itd. Racjonalnie ona musiałaby przewidzieć sto możliwości, jaką podjąć
decyzję. Mówi o tym teoria racjonalnego aktora, który rozważa przebiegi
i skutki swoich ewentualnych zachowań i wybiera najbardziej użyteczne.
To może ona jednak nie myśli?
Czuje,
więc wie, że dzieje się coś bardzo dla niej istotnego. Smutek, radość,
gniew mają taką funkcję jak ból: mówią, że teraz masz się czymś zająć,
bo jeśli tego nie zrobisz, to tu, gdzie cię boli, zacznie się dziać coś
złego.
Można nie zauważyć jakiejś emocji?
Mogą
drżeć ci ręce, ale nie umiesz powiedzieć, dlaczego. Ludzie czują ból
brzucha i myślą, że to z głodu, choć jedli godzinę temu. Nie wiedzą, że
to strach albo stłumiony gniew. Coś się dzieje z ich ciałem, ale oni
nie potrafią tego przyporządkować emocjonalnie. To jest choroba.
Choroba? Przecież wszyscy to mamy!
Możemy
nie chcieć czegoś czuć. Ale łączenia określonych zachowań i sytuacji z
emocjami uczymy się w dzieciństwie. Jeśli dostajesz od rodziców
sprzeczne komunikaty - ktoś przytula cię, a za minutę cię bije - to
zatracasz naturalną, zdaniem psychologów, zdolność odczytywania emocji,
własnych i cudzych. Możesz też mieć problem z zewnętrzną ekspresją
swoich wewnętrznych emocjonalnych stanów. Miałam studenta, który
poprzez mimikę twarzy pokazywał w sposób bardzo wyraźny niezadowolenie
z zajęć, które prowadziłam. Kiedy na koniec poprosiłam o informację
zwrotną, okazało się, że postawił mi najwyższe oceny. Jeśli był
szczery, to jego mimika jest zupełnie niespójna z tym, co on czuje.
Może chciał ukryć za maską niechęci swoje pozytywne uczucia?
Pytanie,
skąd wiemy, że coś nas demaskuje. Dlaczego okazywanie uczuć, zwłaszcza
pozytywnych, i zaangażowanie ktoś uważa za kompromitujące? Od rodziców
uczymy się, o których uczuciach wolno, a o których nie wolno mówić,
które powinno się czuć, a które są zabronione. Jeśli rodzice karzą za
autentyczne emocje, to tym samym uczą dzieci ich fałszowania, również
przed samymi sobą. Te same emocje chowamy potem przed światem, bo boimy
się odrzucenia, które wiąże się z bardzo nieprzyjemnym uczuciem wstydu.
Wstyd bardzo często towarzyszy zakochaniu. Dlaczego jawne okazanie komuś uczucia jest takim obciachem?
Pamiętam,
jak na studiach podrywał mnie pewien chłopak. Jest wykład, on wchodzi
na salę spóźniony. Rozgląda się, znajduje mnie wzrokiem, widzi, że
miejsce obok mnie jest puste, więc idzie i na nim siada. Zagaduje co
chwila. Kończy się wykład, on pyta, czy może mnie odprowadzić do domu.
Bez ochronnych otoczek, udawania obojętności. To znaczy, że odrzucenie
nie oznaczałoby dla niego degradacji. Byłoby mu przykro, ale nie
zaważyłoby to na jego poczuciu wartości, gdybym dała mu kosza.
Ktoś mógłby powiedzieć, że jeśli po chłopaku "kosz" spływa jak po kaczce, to jest głazem, a nie czującym człowiekiem.
Po
pierwsze, przykrość to nie to samo co upokorzenie. Po drugie, dopiero
teraz pojawiają się poradniki skierowane do mężczyzn, które uczą ich,
jak mają się kontaktować ze swoimi emocjami. Nie bez przyczyny: mamy
nową intratną dziedzinę zwaną zarządzaniem emocjami i mężczyźni muszą
się w niej rozeznać. To się po prostu zaczyna opłacać. Mamy teorie
kompetencji emocjonalnych i inteligencji emocjonalnej. Okazuje się, że
zarządzanie swoimi emocjami jest niezbędną umiejętnością w życiu
społecznym. Jesteś słabym menedżerem swoich emocji - nie możesz
wchodzić z ludźmi w tzw. zdrowe relacje, przeszkadza ci to w życiu
zawodowym.
Zarządzanie emocjami nie jest ich likwidowaniem?
Wręcz
przeciwnie: umiesz je rozpoznać, nazwać, przekazać tak, żeby druga
osoba je zrozumiała. Twoja mimika jest spójna z tym, co odczuwasz. Nie
uciekasz przed emocjami. Więcej: nie wkurzasz się, że czasem ich nie
rozumiesz. Można by zaryzykować stwierdzenie, że właściwie do tego
sprowadza się psychoterapia: do uczenia się rozpoznawania i odczuwania
emocji oraz nadawania im odpowiedniego kształtu.
Podobno kobiety są bardziej inteligentne emocjonalnie.
Bo
kobietom kultura pozwalała "bezkarnie" okazywać cały wachlarz emocji.
Także tych, których stanowczo zakazała czuć mężczyznom: smutku, strachu
czy bezradności. Dziewczyny nie krzyczą, ale chłopaki nie płaczą.
Mężczyźni mają się teraz tego nauczyć. Pojawia się nowe myślenie, a
wraz z nim nowe poradniki zaczynające się od słów: "Drogi mężczyzno,
jesteś biedny! Przestań się blokować, pozwól sobie na emocje".
Mężczyzna na to: "Ale o co ci chodzi?".
Bo
brak dostępu do emocji może nadal ułatwiać życie. Władza wciąż
legitymizuje się rozsądkiem wypranym z emocji. Prezydent, który zalałby
się łzami, straciłby zaufanie społeczne. Możemy sobie tylko
pofantazjować, co by było, gdyby mężczyźni zaczęli mieć tak samo
rozwiniętą sferę emocjonalną jak kobiety.
Pofantazjujmy.
Przede wszystkim zmieniłyby się relacje w pracy. Co ciekawe - one i tak ewoluują w tę stronę.
Zarządzanie emocjami w biurze? Kojarzy mi się to z "Nowym wspaniałym światem".
Z
inżynierią emocjonalną dokonywaną na pracownikach? To między innymi
robią dobrzy menedżerowie: sprawdzają predyspozycje emocjonalne
pracowników i na tej podstawie wiedzą, jak mają ich motywować do pracy
oraz jak śrubować ich efektywność. Do tego mówią: jesteś świetny,
bardzo mi się podoba to, co robisz. Tylko że celem jest wzrost obrotów
firmy, a nie wsparcie drugiego człowieka. Więcej: firmy szkoleniowe
uczą kadry innych firm, jak patrzeć na ludzi od strony ich
emocjonalności. Wyrabiają w nich zdolność panowania nad emocjami
pozwalającą skutecznie opieprzyć pracownika - za pomocą, rzecz jasna,
właściwego podejścia do jego emocji. Praca emocjonalna została
zaprzęgnięta w służbę rynku.
Czy w podręcznikach do zarządzania emocjami uczą, jak się odkochać?
Tytuły
mówią same za siebie: "O kobietach, które kochają za bardzo", "Kiedy on
nie kocha, a ona za nim szaleje" itd. Okazuje się, że istnieje miłość
opisywana w kategoriach nałogu, który leczy się tak jak alkoholizm na
sesjach AA. Zazwyczaj te książki wyglądają bardzo podobnie: ja,
psychoterapeutka, sama przez to przeszłam, zatem jestem przykładem na
to, że chorobę miłości można wyleczyć. Dalej następuje opis
sztandarowych pacjentek: "Wyglądały okropnie", "Miała 25 lat, a
wyglądała na 40", "Przyciągały mężczyzn, którzy je poniżali. Problemem
tych kobiet było kochanie za bardzo".
Co jest receptą?
Zajmij
się sobą - mówią poradniki - idź na terapię, odbuduj siebie, zmień
swoje uczucia i... stań się zimną suką. Zastosuj męskie reguły miłości.
Tylko one dadzą ci autonomię. Masz brać udział w grze, komu bardziej, a
komu mniej zależy: kto ma więcej swojego świata na zewnątrz relacji -
przyjaciół, pracę, hobby - a kto w relację inwestuje wszystko, próbując
wytworzyć świat wspólnych zainteresowań i emocji. Skoro mężczyzna nie
umie wytwarzać jakości emocjonalnej, bo się tego nie nauczył, to
kobiety, zamiast narzekać, że partner nie umie okazywać uczuć, uczą się
z podręczników, jak żyć na emocjonalnych warunkach partnera. W efekcie
cała sfera relacji przesuwa się w stronę niezaangażowania.
Czy nie jest to związane z kapitalizmem? Rynek wymaga bycia singlem lub osobą niepoświęcającą się zbytnio dla relacji.
Przede
wszystkim z indywidualizmem. Upraszczając, na początku ery przemysłowej
mężczyzna zniknął z domu na dobre. Ona zostawała z dziećmi, pilnowała
domowego ogniska, on przynosił z fabryki pieniądze. Problem zaczął się,
gdy ona też poszła do pracy. Problem, kto ma prać, sprzątać i gotować,
ale także kto ma wytwarzać wspólnotę emocjonalną. To też jest rodzaj
obowiązku i dbałości o higienę. Przypominam sobie, jak prof. Szpakowska
powiedziała kiedyś, że znaleźć partnera do wspólnego prania jest o
niebo łatwiej niż partnera do wspólnej rozmowy. Kobieta zaczyna się
zastanawiać, po co jej tak naprawdę mężczyzna, skoro nie potrzebuje go
już jako żywiciela dzieci.
Uczy się samowystarczalności?
Tak,
ale jednocześnie zadaje natychmiast pytanie: to po co my jesteśmy
razem, co nas łączy? Bo już nie twoje utrzymanie. Spoiwem, którego
chciałaby kobieta, jest prawdziwa relacja intymna. Kobietom jest ona do
życia w związku potrzebna, bo one ciągle tam, w domu, oczekują
potwierdzenia dla swojego poczucia wartości. Mężczyzna spełnia
oczekiwania świata zewnętrznego i potrafi się tam "nakarmić" o wiele
skuteczniej niż jego partnerka.
Może to nie jest potwierdzanie
swojej wartości, tylko po prostu chęć bezinteresownego dzielenia się?
Może mężczyzn tej potrzeby pozbawił kapitalizm?
Zasada, że
wszystko, co nie przynosi zysku, jest stratą? Indianie Hopi mają takie
specjalne słówko: arofa. Oznacza ono "uczucia jako wkład we wspólnotę".
My nie mamy na to nawet określenia. Arofa jest rodzajem wymiany
emocjonalnej. Nasza kultura zatraca tę jakość. Nie przypadkiem kobiety
pracują w zawodach, które wymagają arofa: są pielęgniarkami,
nauczycielkami, pedagożkami, stewardesami. Dają opiekę, zapewniają
poczucie bezpieczeństwa i psychiczny komfort, a nawet błogość.
Przecież to jest sfera usług.
Bo
następuje komercjalizacja ludzkich uczuć. To, co u Hopi podlega
wymianie - dajesz komuś emocję za emocję, ciepłe słowo za ciepłe słowo
- tutaj staje się sprzedawanym towarem. Ta sama Arlie Hochschild robiła
wywiady z amerykańskimi stewardesami. One na szkoleniach uczą się, co
robić, kiedy podpity pasażer klepie je w tyłek. "Powiedz sobie, że on
jest jak dziecko - mówi szkoleniowiec - musi się upić, bo boi się
latać. Potraktuj go jak kogoś bezradnego, kto wymaga opieki". Masz swój
gniew przełożyć na rodzaj współczucia. Krótko mówiąc: masz pewnych
rzeczy nie czuć. Jaki jest tego efekt? Te kobiety wracają do domów i
nie chce im się angażować emocjonalnie w relacje z własnymi mężami.
Mają poczucie wypłukania. Okazuje się, że nie można codziennie obsłużyć
emocjonalnie wszystkich, bo nie jesteśmy kopalnią bez dna. Żeby móc
dawać, musisz też coś dostawać. By arofa mogło sprawnie funkcjonować,
wymaga obustronnego poczucia, że nie tracimy, czyli że nie mamy
sytuacji emocjonalnej asymetrii.
A jeśli tę asymetrię widzi jedynie socjolog?
A nikt w partnerskim duecie jej nie dostrzega? Wtedy nie ma problemu.
*Anna
Ziółkowska, socjolożka, doktorantka w Zakładzie Psychologii Społecznej
Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się socjologią
emocji - dziedziną w Polsce mało znaną i wciąż traktowaną po macoszemu.
Analizowała m.in. poradniki dla kobiet. "Ludzie, sięgając
po
poradniki, szukają odpowiedzi na najbardziej intymne pytania: Dlaczego
nie potrafię się zaangażować? Co zrobić, by mój kolejny związek się nie
rozpadł? Ja śledzę, czego one ich uczą, jakie proponują rozwiązania i
jak definiują zdrową miłość. Jeśli poradniki są dziś najlepiej
sprzedającym się rodzajem literatury, to znaczy, że spełniają ważne
potrzeby. Dla socjologa to kopalnia wiedzy".
"Duży format"
|
|